„Dogville” – hipermiłosierdzie?
Uwaga! Tekst zawiera spojlery!
Wczoraj późnym wieczorem zasiadłem z książką w ręcę, ale poczuwszy nieodpartą chęć sprawdzenia „a co tam dzisiaj leci?”, włączyłem telewizor. Poskakałem po kanałach i zauważyłem coś ciekawego na TVP1. Jakiś film, stylizowany jakby na teatr, bo akcja działa się w jednym miejscu, wyimaginowane domy bez ścian i drzwi, nakreślone na podłodze linie ulic – słowem: „nietypowo”. Po paru minutach fabuła zaczęła mnie wciągać.
Oto Grace, uciekając przed gangsterami, przybywa do małego miasteczka Dogville. Piętnaścioro dorosłych mieszkańców i dzieci stanowi całą ludność. Ponieważ Grace jest oficjalnie poszukiwana przez policję, mieszkańcy są jej niechętni. Jedynie Tom, domorosły filozof, a może poeta, staje po stronie dziewczyny. Za jego wstawiennictwiem zapada decyzja: Grace zostanie, jeżeli będzie pomagać mieszkańcom.
Na początku życie zdaje się być sielanką: dziewczyna chętnie pomaga swoim gospodarzom, a oni odwdzięczają się jej przyjaźnią. Wraz z upływem czasu zaczynają jednak ukazywać swoje odpychające oblicze. Żądają od Grace coraz więcej i więcej. Dziewczyna jest cicha i pokorna, nawet gdy dochodzi do pierwszych gwałtów, które z dnia na dzień stają się normą. Tom-idealista wciąż zdaje się być po jej stronie, nie czyni jednak nic konkretnego, by wyrwać ją z rąk oprawców.
W końcu Grace zostaje przywiązana do łańcucha i staje się zwykłym niewolnikiem. Pewnego dnia Tom zdradza ją (w gruncie rzeczy całe jego postępowanie jest jedną wielką zdradą) i powiadamia gangsterów o miejscu pobytu. Okazuje się, że jednym z nich jest ojciec Grace. Dziewczyna zostaje uwolniona i odbywa rozmowę z ojcem. Ten demaskuje jej arogancję: oto myślała, że jest lepsza od zbrodniarza, a przecież pozwoliła mieszkańcom Dogville na nieludzkie zachowanie wobec siebie. Korzystając z władzy danej przez ojca, Grace skazuje całe Dogville na śmierć.
Film Larsa von Triera, nakręcony w hali pod Sztokholmem nie jest dla mnie prosty w interpretacji. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ukazanie bolesnej prawdy, że w każdym czai się zło. Ze szczególnym okrucieństwem potrafi ono zamanifestować się, w gdy chorej społeczności pojawia się osoba lub grupa wyjęta spod prawa. Historia i eksperymenty wykazały, że ludzie, gdy poczują, że mają nad drugim człowiekiem nieograniczoną władzę, nie folgują swoim instynktom.
Pisał Stanisław Lem w eseju „Sprawa krwawego błota”:
Ludzie różnych nacji i zawodów, pochodzący na ogół z mniej wykształconych warstw społecznych (aczkolwiek nie stanowi to reguły), okazują się skłonni do najbardziej skrajnych, nawet morderczych czynów, jeśli tylko czują za sobą, choćby bierne przyzwolenie władzy i prawa.
W Dogville to „bierne przyzwolenie” to chyba brak władzy i ciche usprawiedliwienie, które dają sobie nawzajem mieszkańcy: „ona musi nam jakoś zapłacić, przecież my się narażamy, pozwalając jej tu przebywać”.
Ale nie tylko okrucieństwo miasteczka przykuwa uwagę. O wiele bardziej niezwykła jest postawa Grace, która praktycznie nigdy się nie broni. Zdaje się wyznawać szlachetne idee, najdonoślejsze ideały moralne, jednak, czego wymaga od siebie, w ogóle nie wymaga od innych. Ta karykatura miłosierdzia jest straszna. Oto widzimy skrajność, tak różną od Miłosierdzia Bożego, które przecież nie wyklucza nagany, nie odmawia sobie prawa do karcenia i sprowadzania na właściwą drogę.
Okazuje się, że hipermiłosierdzie Grace wyzwala w ludziach zło. Ona nie potrafi krzyknąć „Nie!”. I istota problemu nie tkwi w tym, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia (choć zapewne znalazłoby się jakieś rozwiązanie), ale w tym, że Grace nie wskazuje zła, nawet w stosunku do ukochanego Toma.
A dobro, choć składają się na nie pokora i miłosierdzie, nie może uciekać od prawdy i nie może pozostać ślepe, głuche i nieme wobe zła, niczym Trzy mądre małpy, których mądrość sprowadza się do udawania i oszukiwania samego siebie.
Nie może być zatem inaczej: gdy to Grace dostaje władzę w swoje ręce widzi już tylko jeden sposób na wyplenienie zła (na ile jest to zemsta, nie mnie oceniać). Za późno na karcenie, pozostaje już tylko jedno narzędzie – śmierć…

piątek, 8 czerwca 2007 @ 10:15
Każde Twoje słowo, nie tylko w tej recenzji, jest nasiąknięte prawdą i działa jak porządny energizer. Szacun…