Edytor, który mnie onieśmiela
W ramach przerabiania Emacsa na IDE dla wszystkich języków programowania i znakowania, jakie wymyśliła ludzkość i jakie muszą przyswoić sobie studenci ETI, wpisałem wczoraj, a może właściwie dzisiaj,
M-x ecb-activate
uruchamiając tym samym ECB, czyli the Emacs Code Browser. Chciałem choć pokrótce opisać możliwości i podstawy konfiguracji tego modułu, ale… to jest niemożliwe. Z dwie godziny chyba przebijałem się przez customizację tego cudeńka (nie dokonując zresztą zbyt wiele), które wszystko usiłuje rozłożyć na czynniki pierwsze w swoich drzewkach. A drzewka te zawierają rozpiskę m.in. klas, funkcji, zmiennych globalnych, lokalnych, stałych, rozdziałów w dokumentach TeX-owych… Ponadto mamy strukturę katalogów, listę ostatnio otwartych plików czy wydzieloną ramkę na komunikaty kompilatora.
Możliwości ECB są ogromne, tylko obsługa z początku nieprzyjemna. I tu rodzi się pytanie, czy podobne rozwiązania mają rację bytu w dzisiejszych czasach? Jest spora grupa doświadczonych użytkowników, którzy zdają się nie wyobrażać sobie życia bez narzędzia nastawionych bardziej na pisanie i czytanie niż oglądanie i klikanie, są i tacy, którzy, jak ja, czują się nobilitowani przez korzystanie z tradycyjnych narzędzi. Niemniej Quanty Plus Emacsem na razie nie będę zastępował – póki jeszcze całkiem nie znerdziałem i nie nauczyłem się Lispa. Zatem: do webdesignu Quanta, a do zabawy w programowanie w C czy Javie – Emacs, który po poznaniu podstawowych prawideł obsługi jest całkiem wygodny.

