Zjazd z mostu
Parę dni temu miałem okazję zakosztować zupełnie nowego przeżycia. Pani Całka namówiła Pawła, kolegę z grupy, by spakował sprzęt i zabrał nas na most w okolicach Leźna, a dokładniej Niestępowa, o ile mnie mój nikły zmysł orientacji (wspierany przez Google Maps) nie myli. W akcji udział wzięli: Pani Całka, Paweł oraz jego wybranka Agnieszka, NetMan, Boni, czyli psina Szefowej, i ja (zwróćcie uwagę, że, z kurtuazją, umieściłem siebie na końcu tej prestiżowej listy). Precyzując, Boni nie tyle brał udział, co czuwał nad naszym bezpieczeństwem, ale należy się mu wspomnienie w tej notce, bo był bardzo cierpliwy.
Most ma wysokość jakichś 15–20 metrów, choć nie zdziwcie się, jeżeli usłyszycie od kogoś, że 30. Cóż, czasem można troszkę się zapędzić… Jest to most kolejowy, ale obecnie pociągi tamtędy praktycznie nie jeżdżą. Już samo wejście na most jest ciekawe. Dosyć szerokie szczeliny między podkładami pozwalają podziwiać płynącą w dole rzeczkę i napawać się myślą, ile to by się spadało w dół…
Akcja nie polegała jednak na empirycznym zbadaniu prawideł spadku swobodnego (wierzę na słowo w to, co nauczyłem się na fizyce), ale na zjeździe z użyciem liny. Sprawa jest w sumie prosta – lina zamocowana do mostu, zakładasz uprząż, mocujesz się do liny za pomocą cudeńka, które spowalnia Twój ruch w dół, przechodzisz na drugą stronę barierki i jazda! Ręką kontrolujesz linę i powoli opuszczasz się w dół.
Myślałem, że najbardziej będę się bał samego przejścia na drugą stronę (kojarzy się to z przejściem na tamtą stronę…), ale obeszło się bez paniki. W sumie zjechałem trzy razy i zaręczam, że jest to wielka frajda. Ładne widoki, fakt wiszenia kilkanaście metrów nad ziemią i odrobina adrenaliny. Żałuję tylko, że nie zadbałem o wykonanie fotek, które mógłbym tu zaprezentować. Wrzuciłem tylko dwie, ale kilka zdjęć z naszej wyprawy (nie tylko z mostu, z którego zjeżdżaliśmy) możecie obejrzeć w galerii na murki.pl.
Cieszę się, że mogłem tak spożytkować ostatnie dni wakacji. Nabrałem przy okazji ochoty na kolejne wyprawy, niekoniecznie związane z akcjami okołowspinaczkowymi. Na ile jednak czas mi pozwoli, i na ile się zdobędę, zobaczymy. Mam jednak nadzieję, że będę miał, o czym pisać.
THX dla Pawła!



piątek, 6 października 2006 @ 0:34
No dobrze powiedziane:
wiem że cytat z kontekstu jest wyrwany – ale fajnie brzmi :D
To cudeńko zowie się chyba koszyczkiem, rzeczka nad którą był most to Radunia.
Zjazd był rzeczywiście godny polecenia. Mimo iż pare razy (Twoje dwa zjazdy) nie było ŻADNEGO zabezpieczenia – jedynie uchwyt ręki dzielił Ciebie (mnie w sumie też) od śmierci/kalectwa.. .. .- o tym przypływie adrenalinki mówiłeś? :D
Na przyszłość wolał bym jednak mieć jakieś zabezpiecznie, ale czy z nim czy bez i tak było SUPER.
Wracając do początku – Bonio (i my wszyscy) przed Tobą – rzecz naturalna. Nie mógłbyś wymienić w innej kolejności ;)
piątek, 6 października 2006 @ 0:54
Eee, nie przesadzajmy z tym niebezpieczeństwem. Jak się jedzie w ruchu ulicznym rowerem, też jeden ruch ręki dzieli od śmierci pod kołami lub kalectwa. Z własnego doświadczenia wiem, że jeden nieostrożny ruch i leżysz, a parenaście centymetrów obok mija Cię samochód; ale może trzeba do tego moich talentów…
Co prawda zwykła jazda rowerem raczej nie powinna być kojarzona z narażaniem życia (metodą równi pochyłej możnaby wtedy dojść do stwierdzenia, że zwykły spacer jest sportem ekstremalnym), ale nawet taki zjazd jest lepszy od mojego skakania ze schodów, czego staram się poniechać, o ile się bardzo nie spieszę. Nogi znakomicie mi służą i nie widzę powodów, by je zbytnio obciążać dla zwykłego popisu.
piątek, 6 października 2006 @ 0:57
Zapraszam do mnie do Sopotu…
ja mam fajne schody… po drodze do domu (w domu zreszą też)
tam możesz sobie skakać – szybko się z nich zje***sz lub połamiesz.
A zresztą jest ich tyle.. że… z ajadnym razem mógłbyś z 10 niezłych skoków (o ile byś się nie wywalił) zrobić ;D