4 8 15 16 23 42 EXECUTE
Wsiąkłem w ten serial. Jestem filmowym ignorantem – nie znam większości filmów uznawanych za kultowe, zarówno starszych, jak i nowszych. Dlaczego mnie to jakoś szczególnie nie rusza? Może dlatego, że dla mnie kultowe są nie tylko dzieła kultury. Żywą legendą jest dla mnie np. Emacs, choć przeciętny człowiek szybciej stwierdzi, że to nazwa kina niż programu komputerowego. Poza tym zawsze uważałem, że książka daje więcej niż film. Teraz jednak wpadłem po uszy, prawie niczym jakiś blogasek, ekscytujący się od rana do wieczora życiem swojego idola. Przed szaleństwem ratuje mnie tylko to, że w Gdańsku praktycznie nie oglądam telewizji.
Miłośnicy serialu „Lost” wiedzą już, o czym piszę. Tak, uwielbiam „Zagubionych”. Dlaczego? Po pierwsze: fantastyka z elementami ocierającymi się o horror czy raczej thriller, ale na tyle łagodnie, że nawet osoby nie lubiące się bać przed szklanym ekranem mogą się tu odnaleźć. Po drugie: genialny pomysł na retrospekcje (flashbacki) z życia bohaterów. Akcja toczy się na bezludnej wyspie, ale wciąż mamy okazję widzieć bohaterów w zwykłym życiu, przez co serial jest czymś o wiele więcej niż flakowatą robinsonadą. Trzeba tu zresztą zauważyć, że wcześniejsze życie rozbitków trudno nazwać „zwykłym” – morderstwa, ucieczki, milionowe wygrane na loterii, choroby psychiczne… Zbyt sensacyjne? Nie, jak dla mnie nie. Nie w tej scenerii. Zwłaszcza, że bohaterowie okazują się być ludźmi z krwi i kości, choć jednocześnie wielu z nich przejawia co najmniej nadnaturalne cechy. Każdy z nich popełnia jednak błędy, ulega emocjom i koszmarom z życia sprzed katastrofy. Ponadto, co ważne, wątki miłosne nie są cukierkowate. Okazuje się, że serial nie musi się kręcić wokół achów i ochów wewnętrznie rozdartej pary młodych i pięknych kochanków, których połączyły trudy życia w dżungli.
Zatem – bohaterowie, których polubiłem. I tajemnica. Tajemnica za tajemnicą. Rozwiązanie jednej zagadki niesie ze sobą nowe pytania. Tajemniczy projekt naukowy, dziwne miejsca, szepty, sygnały, komputer i liczby, które widzicie w tytule posta. Liczby te zresztą na początku trochę mnie zniechęcały do serialu. Numerologia czy astrologia są dla mnie zbyt idiotyczne, by mogły mnie bliżej zainteresować, ale tu okazało się, że owe liczby świetnie komponują się z klimatem całego filmu. Poza tym… uwaga! spojler!… jeden z producentów serialu ponoć stwierdził, że liczby to żart i że nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia. Osobiście uważam, że znaczenie nadadzą im widzowie.
Po chwili googlowania okazało się bowiem, że fani „Losta” szybko i sprawnie się zorganizowali, powstały nawet projekty wiki, jak Lostpedia. Ponadto okazuje się, że część akcji, w pewnym sensie, dzieje się w Internecie. Można na przykład zajrzeć na stronę Oceanic Airlines – tymi liniami lecieli bohaterowie serialu (firma zawiesiła działalność po katastrofie). Daje to wrażenie, jakby projekt Dharma rzeczywiście istniał gdzieś obok nas.
Jak szybko przejdzie mi fascynacja serialem? Nie wiem. Póki mi się podoba, korzystam z tego, jak z odskoczni od codziennych problemów, które są może równie trudne jak bestia grasująca po dżungli czy… uwaga! spojler!… gigantyczny elektromagnes, którego włączenie ma spowodować zagładę świata, ale na pewno zdają się bardziej szare i przerażająco zwyczajne.
